A ja bardzo nie lubię tego stanu. Bo nie potrafię wtedy spokojnie żyć. A jak nie żyję spokojnie to denerwuję się, stresuję, pokazuję moje nerwy wszystkim dookoła i niestety ciężko ze mną wytrzymać. Co oczywiście skutkuje sprzężeniem zwrotnym w postaci tego, że tym bardziej nie mogę spokojnie żyć.
Ale od początku :)
Zainspirowała mnie ostatnio ta reklama:
Nie żebym miała stres związany z brakiem środków na koncie ;) -często mi się zdarza, że podaję przy kasie kilka kart bo nie wiem, na której są $ i to już żadnego stresu nie powoduje. Ale oglądając ten filmik zdałam sobie sprawę z dość oczywistego faktu, że nasze reakcje są powodowane przez wiele motywatorów - z czego większość jest nieuświadomiona i głęboko ukryta. Brzmi skomplikowanie? Ale przecież każdy z nas zna to ze swojego podwórka, no na przykład: idę na spacer z dziećmi i zapomniałam butelki z wodą dla roczniaka. Hmm, słabo - oczami wyobraźni widzę, jak moja córka domaga się picia, zaczyna być nerwowo a ja jestem daleko od domu i nie mam co jej podać (pije tylko z określonego kubka i nie mogę kupić "czegokolwiek" w sklepie). Towarzyszy nam syn, który jedzie na hulajnodze. Syn oddala się i wraca - dobrze mu się jeździ. Ale ja wiem, że mam problem. Więc co robię? Krzyczę na syna, że niepotrzebnie wziął hulajnogę, bo teraz za daleko odjeżdża i ja nie wiem co się z nim dzieje, a tak w ogóle to mógłby mi pomóc a nie jak zwykle zajmować się tylko sobą, itd itd. Nakręcam się jak katarynka, choć tak naprawdę po głowie chodzi mi ta przeklęta butelka. Okropnie to brzmi, ale mam nadzieję, że też tak czasem macie. :) Że nie tylko ja jestem taka okropna.
Gdybym nie zapomniała butelki to bym się nie zdenerwowała. Gdybym się nie zdenerwowała to mój syn spokojnie by pojeździł na hulajnodze. Można by dalej... - gdyby spokojnie pojeździł na hulajnodze, to miałby bardzo udany spacer; codzienny udany spacer równa się szczęśliwe dzieciństwo; szczęśliwe dzieciństwo to lepszy start w dorosłość itd. Czyżbym chciała napisać, że przez to, że zapomniałam butelki mój syn będzie miał zmarnowane życie? Nie!
Ale pewnie wystarczyła minuta, aby lepiej się przygotować do spaceru. Nie zapomnieć niczego i spokojnie relaksować się patrząc na Małe siedzące w wózku i Duże - jeżdżące sobie i zażywające niezbędnej porcji ruchu. Minuta.
Pośpiech to jednocześnie wróg i... pewien nałóg. Niby nie lubię się spieszyć i cenię sobie spokój ale ten "pośpiech" wkrada się nieustannie do mojego i zaczyna nim rządzić. Najpierw się spieszę, więc wiele rzeczy wykonuję niedokładnie, niestarannie a potem - w kolejnej chwili pośpiechu - łatam te dziury przez co znów się spieszę - tym razem podwójnie :) Jak to było z tą butelką? No na przykład tak: zaczęłam ubierać córkę na spacer (roczniaki nie lubią się ubierać, oj nie lubią) więc porwałam ją szybko, nie przyszykowawszy sobie wcześniej ubranek, w pośpiechu zaczęłam szukać kolejnych elementów garderoby - oczywiście nic nie leżało na miejscu, bo przecież wcześniej też się spieszyłam i nie miałam czasu poukładać prania do szuflad. Więc szukam w pośpiechu, ubieram w pośpiechu i gdy już me dziecię jest gotowe, ja zziajana, spocona zapinam jej pasy w wózku i wychodzę jak najszybciej z domu, który zamiast być moim zamkiem stał się moim więzieniem z którego pragnę po prostu uciec zostawiając te wszystkie niedokończone sprawy za drzwiami. ;) I zapominam butelki. A potem to już wiecie - jak zwykle oberwał mój syn.
Eeeeeee. Posłucham sobie może muzyki - o! to będzie dobre :)
Mądry zwyczaj był kiedyś, żeby przed podróżą usiąść na chwilę i nic już nie robić. Albo jak się czegoś zapomniało i po to wróciło. Niby magiczne myślenie, niby zabobon, ale, jak widać, nic nie dzieje się bez racjonalnej przyczyny. Ludzie sami nie wiedzieli, czemu tak robią, a robili. I może to jest jakiś sposób na wyhamowanie? Na zebranie myśli i na niezapomnienie o czymś ważnym po prostu? Bo człowiek się nawykowo spieszy, biegnie, o czymś zapomni i nigdy nie da sobie szansy na przypomnienie, no bo przecież mu się spieszy! Przecież po co ma tracić czas? Ale gdy w grę wchodzi magiczny sposób na uniknięcie pecha, to usiądzie, to przystanie, ponieważ z magią, jak wiadomo, żartów nie ma:). Ostatnio odkrywam wiele racjonalnych uzasadnień dla pozornie magicznego ludowego myślenia. Bo lud (czyli my, jak się nie zgrywamy:) głupi nie jest, nawet jeśli naukowo nie wyjaśni tego, co robi. Robi i już. I swoje wie. I dobrze. A my, jak głupi, spieszymy się wiecznie całkiem bez sensu. I dobrze nam tak!
OdpowiedzUsuńKochana, mam to samo:)), znam te klimaty. A Twoja zdolność do autoanalizy - podziwu godna:). Uściski!
O własnie - "człowiek się nawykowo spieszy" - to jest clue problemu :) nawyk, uzależnienie od pośpiechu - który przecież zupełnie nam nie pomaga.
UsuńWiesz co? Wredna jestem - i cieszę się, że masz podobnie ;) że nie ja sama taka "niepoukładana" :)
Agnieszko, gdzie jesteś?
OdpowiedzUsuńJestem Sówko! U Ciebie bywam regularnie, tylko ten mój pokoik zaniedbałam...
OdpowiedzUsuń