czwartek, 15 stycznia 2015

Słowo

Wiadomo, że wszystko rozpoczyna się od słowa. I to dobre, i to złe.

Słowa, na które czekamy; słowa, które uderzają w nas jak pocisk; słowa, których znaczenie determinuje ton głosu. 

Mam duży szacunek do tych, którzy szanują słowa. Wypowiadają je z namysłem. Wiedzą, że mogą one zranić - a raz powiedzianego słowa nie da się cofnąć. Można przeprosić, wytłumaczyć - ale cofnąć się nie da. 

Można toczyć wojnę na słowa - można kogoś pokonać elokwencją czy logiką.

A ja ostatnio wolę posłuchać, pokiwać głową, pomilczeć. Wycofać się. Niestety jeszcze za rzadko. 


sobota, 10 stycznia 2015

Powroty i pożegnania


Są takie miejsca w przestrzeni Internetu do których powracam stale. Moje własne miejsce takie się nie stało. Opuściłam Duży Pokój bo nie miałam czym dzielić się ze światem. 

W poprzednim roku przełam bardzo ciężkie chwile - odszedł Ktoś, kto był z nami tylko chwilę. Dostatecznie długą, abym mogła Go pokochać i abym mogła teraz za nim tęsknić. 

Potrzebowałam czasu, żeby tu powrócić. Nie wiem, czy będę pisać dalej - ale poczułam potrzebę napisania choćby tych kilku słów. Dobre i to. Coś się kończy, coś się zaczyna, jak to w życiu.

czwartek, 1 maja 2014

Minuta

Popadłam w chaos. 

A ja bardzo nie lubię tego stanu. Bo nie potrafię wtedy spokojnie żyć. A jak nie żyję spokojnie to denerwuję się, stresuję, pokazuję moje nerwy wszystkim dookoła i niestety ciężko ze mną wytrzymać. Co oczywiście skutkuje sprzężeniem zwrotnym w postaci tego, że tym bardziej nie mogę spokojnie żyć.

Ale od początku :)

Zainspirowała mnie ostatnio ta reklama:


Nie żebym miała stres związany z brakiem środków na koncie ;) -często mi się zdarza, że podaję przy kasie kilka kart bo nie wiem, na której są $ i to już żadnego stresu nie powoduje. Ale oglądając ten filmik zdałam sobie sprawę z dość oczywistego faktu, że nasze reakcje są powodowane przez wiele motywatorów - z czego większość jest nieuświadomiona i głęboko ukryta. Brzmi skomplikowanie? Ale przecież każdy z nas zna to ze swojego podwórka, no na przykład: idę na spacer z dziećmi i zapomniałam butelki z wodą dla roczniaka. Hmm, słabo - oczami wyobraźni widzę, jak moja córka domaga się picia, zaczyna być nerwowo a ja jestem daleko od domu i nie mam co jej podać (pije tylko z określonego kubka i nie mogę kupić "czegokolwiek" w sklepie). Towarzyszy nam syn, który jedzie na hulajnodze. Syn oddala się i wraca - dobrze mu się jeździ. Ale ja wiem, że mam problem. Więc co robię? Krzyczę na syna, że niepotrzebnie wziął hulajnogę, bo teraz za daleko odjeżdża i ja nie wiem co się z nim dzieje, a tak w ogóle to mógłby mi pomóc a nie jak zwykle zajmować się tylko sobą, itd itd. Nakręcam się jak katarynka, choć tak naprawdę po głowie chodzi mi ta przeklęta butelka. Okropnie to brzmi, ale mam nadzieję, że też tak czasem macie. :) Że nie tylko ja jestem taka okropna. 

Gdybym nie zapomniała butelki to bym się nie zdenerwowała. Gdybym się nie zdenerwowała to mój syn spokojnie by pojeździł na hulajnodze. Można by dalej... - gdyby spokojnie pojeździł na hulajnodze, to miałby bardzo udany spacer; codzienny udany spacer równa się szczęśliwe dzieciństwo; szczęśliwe dzieciństwo to lepszy start w dorosłość itd. Czyżbym chciała napisać, że przez to, że zapomniałam butelki mój syn będzie miał zmarnowane życie? Nie! 

Ale pewnie wystarczyła minuta, aby lepiej się przygotować do spaceru. Nie zapomnieć niczego i spokojnie relaksować się patrząc na Małe siedzące w wózku i Duże - jeżdżące sobie i zażywające niezbędnej porcji ruchu. Minuta.

Pośpiech to jednocześnie wróg i... pewien nałóg. Niby nie lubię się spieszyć i cenię sobie spokój ale ten "pośpiech" wkrada się nieustannie do mojego i zaczyna nim rządzić. Najpierw się spieszę, więc wiele rzeczy wykonuję niedokładnie, niestarannie a potem - w kolejnej chwili pośpiechu - łatam te dziury przez co znów się spieszę - tym razem podwójnie :) Jak to było z tą butelką? No na przykład tak: zaczęłam ubierać córkę na spacer (roczniaki nie lubią się ubierać, oj nie lubią) więc porwałam ją szybko, nie przyszykowawszy sobie wcześniej ubranek, w pośpiechu zaczęłam szukać kolejnych elementów garderoby - oczywiście nic nie leżało na miejscu, bo przecież wcześniej też się spieszyłam i nie miałam czasu poukładać prania do szuflad. Więc szukam w pośpiechu, ubieram w pośpiechu i gdy już me dziecię jest gotowe, ja zziajana, spocona zapinam jej pasy w wózku i wychodzę jak najszybciej z domu, który zamiast być moim zamkiem stał się moim  więzieniem z którego pragnę po prostu uciec zostawiając te wszystkie niedokończone sprawy za drzwiami. ;) I zapominam butelki.  A potem to już wiecie - jak zwykle oberwał mój syn.

Eeeeeee. Posłucham sobie może muzyki - o! to będzie dobre :)

 





czwartek, 24 kwietnia 2014

Karanie przez czytanie?!


W moim rodzinnym domu były dwa elementy wystroju wnętrz - zadbane kwiaty i książki na regale. Ale książki nie są tam li jedynie ozdobą ;) Powiedziałabym, że to takie zdroworozsądkowe podejście do ozdabiania wnętrza - to, co zdobi jednocześnie jest do użytku i to, co jest ściśle użytkowe spełnia również rolę dekoracyjną.

 Ale do rzeczy. Wychowując się w takim domu, patrząc codziennie na mamę i babcię, które bez książki nie wyobrażają sobie życia czytanie przejęłam naturalnie i bez większego zastanowienia.

Niestety - to, co zadziałało w moim przypadku zupełnie nie sprawdza się przy moim synu. A przykładałam się do wychowania czytającego dziecko naprawdę mocno - czytanie przed snem, zabawa z książkami, zapisanie do biblioteki w bardzo wczesnym wieku, itd. Nie zadziałało.

Jeden z wielu dialogów między nami:
- Kochanie, jeśli odrobiłeś lekcje to zajmij się sobą teraz.
- Mamo, mogę pooglądać filmy na youtube?
- Nie, ale możesz poczytać.
- Nienawidzę czytać. (...U mnie gwałtowny wzrost ciśnienia)
- Umówiliśmy się, że codziennie poczytasz przez 15 min.
- Nie!
- To nie jest propozycja, tylko polecenie.

Poczytał, bo musiał.

Wiem, wiem, wiem. Słabo.

Muszę się przyznać, że niechęć do czytania mojego syna odbieram jako własną porażkę. I reaguję głupio.

Zastanawiałam się jak to zmienić i z pomocą przyszła mi wychowawczyni mojego Syna, która wprowadziła w klasie taką czytelniczą rywalizację - każdy ma karteczkę, na której codziennie odnotowuje ile czasu czytał. I podpisuje się pod tym wraz z rodzicem. No, nie jest to może szczyt moich marzeń - bo jednak nie jest to czytanie wynikające z potrzeby serca ;) - ale ostatnio postanowiłam lżej podchodzić do życia i nie dzielić włosa na czworo. Liczę, że przy dobrym doborze książek powolutku będziemy kształtować w moim synu zamiłowanie do lektury - choć wiem, że to może być skomplikowany związek :) Przy okazji wyrobiliśmy sobie taki wspólny nawyk - bo czytamy razem (jednego dnia tylko on czyta, a ja słucham; innym razem wymieniamy się) - a przy rocznym dziecku, które zajmuje jakieś 80% mojej uwagi to było naprawdę potrzebne, abym miała czas tylko dla syna.

A tak w ogóle to ten problem z czytaniem ukazuje taką prostą zasadę, że jak się chce czegoś za bardzo to niestety często człowiek przegina i sam skazuje się na porażkę. Odpuścić - ach, jak prosto to brzmi.



środa, 16 kwietnia 2014

Gdyby mi się chciało tak jak mi się nie chce...

Na szczęście tytułowa niemoc za mną!

Oj, niedobrze było ostatnio. Spadek nastroju zaatakował nagle i nie chciał puścić długo, bardzo długo... To poczucie niechęci do wszystkiego, brak ochoty na wstanie z łóżka i zrobienie czegoś konkretnego, a z drugiej strony - złość na samą siebie, że się tej ochoty nie ma...  Kto miewa takie stany, ten wie że to nie "byle humory", bo to nie jest intencjonalne i naprawdę bardzo by się chciało z tego wyjść, ale jakoś tak... trudno.

Czemu mnie zaatakowało? Podejrzewam kilka powodów - przedwiośnie, które zawsze wpływa na mnie depresyjnie; hormony, które jeszcze szaleją bom matka karmiąca i pewnie mój dość rutynowy tryb życia polegający na opiece nad dziećmi i zajmowaniu się domem (jest to oczywiście niezmierna przyjemność i jestem wdzięczna, że mam tę możliwość, aby zajmować się typowo kobiecymi obowiązkami, ale wiadomo - efekty tej pracy widać dopiero w dłuższym okresie a i o docenienie czasem ciężko).

Ale jest na to sposób. Jak zwykle w takich momentach to, co mi pomogło to oderwanie się od własnych problemów. Któregoś dnia zadzwoniła do mnie koleżanka - nie odebrałam i nie oddzwoniłam, no bo... No właśnie nie miałam motywacji do życia, do rozmów, do ludzi. Ale ona dzwoniła i słała smsy więc w końcu zebrałam się w sobie i się do niej odezwałam. A u niej - burza! Bardzo słabo w pracy, z mężem jeszcze gorzej i ogólnie masakra. No więc się wzięłam i zaczęłam pomagać. Pomagałam, wspierałam, pocieszałam - aż w końcu spostrzegłam, że wylazłam ze swojej skorupy i w rezultacie pomogłam samej sobie. 

Tak sobie myślę, że pójdę do biblioteki i wypożyczę Jeżycjadę Małgorzaty Musierowicz - w ramach minimalizowania życia pozbyłam się moich ukochanych, sczytanych, poplamionych herbatą egzemplarzy, a przydałaby mi się życiowa mądrość Mamy Borejko. I pokrzepiający uśmiech Ignacego Seniora. Siła wewnętrzna Gabrysi. Kokieteria Idy. Kobiecość Pulpecji. Ach, idę do tej biblioteki, bo coraz większa tęsknota mnie ogarnia!

wtorek, 25 marca 2014

Małe zmiany, duże efekty

Ostatnio u mnie na tapecie głównie przewija się temat jedzenia, a w zasadzie odżywiania. Dojrzałam do etapu, gdy już mi nie wystarcza takie "w miarę zdrowe" jedzenie. W miarę zdrowe, czyli: tu wpadnie sałatka, tam batonik, tu schabowy, tam jabłuszko, tu kasza do obiadu, innym razem kupne pierogi. Ogólnie - bez radykalizmów i ograniczeń, no bo przecież "wszystko jest dla ludzi". Nie oznacza to, że stałam się radykałem wegańskim czy witariańskim :) ale na pewno podchodzę do odżywiania bardzo poważnie i... cóż, jeśli jem coś niezdrowego, to czynię to z pełną świadomością ;)

Ale o czym to ja chciałam... A - o małych zmianach! 

Proces uzdrawiania naszej diety zachodzi bardzo stopniowo - i w tym węszę sukces. Najpierw odstawiliśmy cukier, zastępując go stewią. Teraz zajadamy kilogramy daktyli (które ja blenduję na "dżem" i stawiam w miseczce na blacie w kuchni - aby był pod ręką do wszystkiego). Śniadanie to od jakiegoś czasu owsianka, póki co na mleku, ale już wiem, że nadchodzi mała zmiana i będzie na wodzie z dodatkiem korzennych przypraw. W pewnym momencie przestaliśmy używać masła zastępując je serkiem białym typu Bieluch. Ale już jesteśmy po kolejnej małej zmianie :) - teraz robię pesto np. z liści rzodkiewek i smarujemy kanapki apetyczną jaskrawozieloną pastą. Chlebek biały zastąpiliśmy razowym, ale już w kuchni robi się zakwas na domowe pieczywo. Nie pamiętam już kiedy kupowałam wędlinę - mięso jemy rzadko, tylko dobrej jakości, a jak mięska nie ma, to kombinujemy z pastami. Itd... 

Może ktoś pomyśli, że już przekroczyłam granice normalności, bo wydziwiam. Najważniejsze dla mnie w tych zmianach jest to, że po pierwsze one zaszły, czyli przyswoiliśmy nowe nawyki. Po drugie - stało się to bardzo naturalnie, bez odmawiania sobie niczego, bez tęsknoty za "starym". Po trzecie - mamy ochotę na kolejne zmiany! 

niedziela, 9 marca 2014

I co dalej?


Jeszcze rok temu żyłam na pełnych obrotach - praca często po 12 h dziennie, stale pod telefonem, z bardzo konkretnym bo liczbowym celem do zrealizowania. Celem, który MUSI być osiągnięty. Co miesiąc wyższy. I praca z ciągłą świadomością, że jeśli polegnę, zawiodę, to nikt mi tego nie wybaczy. Nie będzie drugiej szansy. Bo chodzi oczywiście o konkretne sumy pieniędzy. 

Stres, napięcie, rozdwojenie. I jednak satysfakcja z tego, co robię. Finansowa i pozafinansowa. Bo to miłe być uznawanym, docenianym; przyjemnie jest mieć władzę, wydawać polecenia. W jakiś sposób podniecające jest to, że ma się wpływ na innych ludzi. Niestety, taka "władza" to nie tylko umożliwianie innym awansu, to nie tylko przyznawanie premii i tworzenie systemów motywacyjnych. No cóż, jeśli chce się być naprawdę skutecznym to trzeba umieć wymagać i wyciągać konsekwencje - również te najpoważniejsze.

Zaszłam w ciążę. Taka praca nie jest najlepszą dla przyszłej mamy. Ale we mnie wstąpiła podwójna energia - i odnosiłam same sukcesy. To wciąga.

W ósmym miesiącu ciąży poszłam na zwolnienie lekarskie i myślałam, że się nie odnajdę w nowej "domowej" rzeczywistości. Płakałam podczas pakowania rzeczy w pracy. Wyszłam po angielsku nie żegnając się z nikim, bo wiedziałam, że nie obejdzie się bez łez, a przecież twardym trzeba być, nie miętkim.

Planowałam, że będę zarządzać wszystkim i wszystkimi z domu. Mąż nawet zakupił mi specjalny stoliczek na laptopa do łóżka, żeby mi było wygodniej ;) I... od momentu gdy opuściłam biuro tego pamiętnego dnia aż do dnia dzisiejszego nie włączyłam służbowego komputera.W sposób dla mnie zdumiewający odcięłam się od wszystkiego! I nie tęsknię aż do dziś. Czuję się jakbym przeszła przez odwyk i porzuciła coś, co było dla mnie szkodliwe. Jest mi teraz dobrze a tamten czas oceniam jako w pewnym sensie stracony. Nie żałuję, ale nie chciałabym przeżywać tego ponownie.

Po co to wszystko piszę? Trochę po to, aby samej sobie przypomnieć tamte chwile i zachować je w pamięci. Chciałabym uporządkować własne myśli, zastanowić się nad możliwościami, oczekiwaniami, opcjami. Patrzę na moje dzieci, na męża i wiem, że są najważniejsi. Widzę jak dobrze mojej rodzinie robi to, że jestem dla nich każdego dnia. Widzę zmianę w sobie. Jestem szczęśliwa jak nigdy przedtem. Szczęśliwa spokojnym, zrównoważonym życiem.

Trudno być kobieta w XXI wieku. A może to my kobiety same sobie to utrudniamy?