niedziela, 9 marca 2014

I co dalej?


Jeszcze rok temu żyłam na pełnych obrotach - praca często po 12 h dziennie, stale pod telefonem, z bardzo konkretnym bo liczbowym celem do zrealizowania. Celem, który MUSI być osiągnięty. Co miesiąc wyższy. I praca z ciągłą świadomością, że jeśli polegnę, zawiodę, to nikt mi tego nie wybaczy. Nie będzie drugiej szansy. Bo chodzi oczywiście o konkretne sumy pieniędzy. 

Stres, napięcie, rozdwojenie. I jednak satysfakcja z tego, co robię. Finansowa i pozafinansowa. Bo to miłe być uznawanym, docenianym; przyjemnie jest mieć władzę, wydawać polecenia. W jakiś sposób podniecające jest to, że ma się wpływ na innych ludzi. Niestety, taka "władza" to nie tylko umożliwianie innym awansu, to nie tylko przyznawanie premii i tworzenie systemów motywacyjnych. No cóż, jeśli chce się być naprawdę skutecznym to trzeba umieć wymagać i wyciągać konsekwencje - również te najpoważniejsze.

Zaszłam w ciążę. Taka praca nie jest najlepszą dla przyszłej mamy. Ale we mnie wstąpiła podwójna energia - i odnosiłam same sukcesy. To wciąga.

W ósmym miesiącu ciąży poszłam na zwolnienie lekarskie i myślałam, że się nie odnajdę w nowej "domowej" rzeczywistości. Płakałam podczas pakowania rzeczy w pracy. Wyszłam po angielsku nie żegnając się z nikim, bo wiedziałam, że nie obejdzie się bez łez, a przecież twardym trzeba być, nie miętkim.

Planowałam, że będę zarządzać wszystkim i wszystkimi z domu. Mąż nawet zakupił mi specjalny stoliczek na laptopa do łóżka, żeby mi było wygodniej ;) I... od momentu gdy opuściłam biuro tego pamiętnego dnia aż do dnia dzisiejszego nie włączyłam służbowego komputera.W sposób dla mnie zdumiewający odcięłam się od wszystkiego! I nie tęsknię aż do dziś. Czuję się jakbym przeszła przez odwyk i porzuciła coś, co było dla mnie szkodliwe. Jest mi teraz dobrze a tamten czas oceniam jako w pewnym sensie stracony. Nie żałuję, ale nie chciałabym przeżywać tego ponownie.

Po co to wszystko piszę? Trochę po to, aby samej sobie przypomnieć tamte chwile i zachować je w pamięci. Chciałabym uporządkować własne myśli, zastanowić się nad możliwościami, oczekiwaniami, opcjami. Patrzę na moje dzieci, na męża i wiem, że są najważniejsi. Widzę jak dobrze mojej rodzinie robi to, że jestem dla nich każdego dnia. Widzę zmianę w sobie. Jestem szczęśliwa jak nigdy przedtem. Szczęśliwa spokojnym, zrównoważonym życiem.

Trudno być kobieta w XXI wieku. A może to my kobiety same sobie to utrudniamy?

3 komentarze:

  1. Myślę, że jesteś szczęśliwa, ponieważ Twoja sytuacja jest wynikiem Twojego wyboru. Nie konwencji, nie tradycji, nie przymusu ze strony męża albo pracodawcy. Po prostu już miałaś wszystko, co chciałaś mieć. A teraz robisz to, co chcesz robić.

    OdpowiedzUsuń
  2. No właśnie ja się zastanawiam, czy to był wybór...
    Piszesz, że "W sposób dla mnie zdumiewający odcięłam się od wszystkiego". Bardziej bym to podciągnęła pod jakiś nagły i nieopanowany "rozkaz" od wewnątrz pochodzący, taki bez dyskusji i zastanawiania się. Nie wiem, w sumie trochę nietypowa sytuacja, bo Ty byłaś zadowolona z wcześniejszego życia, tempa, sukcesów, a tu nagle zmiana o 180 stopni:)
    Tylko nie wiem o jakiej trudności mówisz, skoro jesteś tak zadowolona z obecnej sytuacji;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest pewna trudność - w tak zwanym odbiorze społecznym ;) Ja wiem, że to głupie przejmować się "co ludzie powiedzą", ale... studia skończyłam, języki znam, karierę jakąś tam rozpoczęłam i co? W domu będę siedzieć? Z dzieciorami? ;) Niby nikomu nic do tego, ale czuję presję i oczekiwania wobec mnie.
      No i kwestia finansowa. Zastanawiam się, czy to w porządku zostawiać temat utrzymania rodziny na barkach męża. On niby nie narzeka, lubi mieć żonę w domu... Ale na pewno czuje, że teraz ma większe ciśnienie.

      Usuń