Od dawna nosiłam się z zamiarem stworzenia bloga - miałam wiele pomysłów na posty, właściwie wszystko mnie inspirowało do kolejnego wpisu. No i gdy nareszcie się zmobilizowałam i założyłam... brakuje mi pomysłów (a właściwie wszystkie wydają się nie dość ciekawe), czasu a najbardziej pewnie odwagi i dyscypliny. Mam nadzieję, że to chwilowa niemoc i jeszcze się rozpiszę.
A więc o czym by tu dzisiaj...? :) Zastanawiałam się ostatnio, zainspirowana wieloma blogami poświęconymi minimalizmowi czy też dobrowolnej prostocie (których jestem fanką!), skąd wziął się ten fenomen, ta moda, czy może potrzeba? Skrzywiona socjologicznym wykształceniem lubię dociekać przyczyny zjawisk. I wymyśliłam! Bez żadnych badań, obliczeń, ankiet. Frywolnie stawiam tezę: najedliśmy się do wyrzygu! Wysublimowanych dań i junk food. Mody - i z wyższej półki i tej 100% poliester (choć to teraz często jedno i to samo). Coraz większych domów. Wycieczek w miejsca, które już dawno przestały być egzotyczne. "Dość!" mówimy. I co teraz?
Pamiętam początek lat 90-tych i pierwsze reklamy w telewizji. Wtedy wydawało nam się, że nas bombardują, bo są nadawane przed każdym programem. Teraz - mam wrażenie, że niektóre seriale czy programy są nagrywane TYLKO po to, aby umieścić w nich reklamowane produkty, bo treści brak, przekazu brak za to nachalny i nieudolny product placement musi być. Ale wracając do początku - w latach 90-tych większość reklam, które pamiętam przedstawiały po prostu szczęśliwych ludzi. Z nowym proszkiem do prania, z kolejnym serkiem do smarowania itd. Nie pamiętam już produktów ale pamiętam przekaz - uśmiechnięci ludzie, szczęśliwe rodziny. I sama w pewnym momencie uwierzyłam w tę marketingową bajkę, że jeśli kupię zachwalane produkty, to moje życie będzie szczęśliwsze. Stąd ten przyjemny dreszcz podniecenia przy zakupach - nie cieszyła mnie konkretna rzecz, którą kupiłam, ale moje wyobrażenie, że dzięki tej rzeczy będę lepsza - taka jak ta radosna dziewczyna z kolorowych reklam. Jak to się stało, że się obudziłam? Pewnie tak jak u większości innych osób, które postanowiły uprościć swoje życie: pierwsze co zaczyna denerwować, to bałagan, brak miejsca na kolejne przedmioty i poczucie braku kontroli nad nimi. I tak to się zaczyna - od sprzątania w mieszkaniu do sprzątania w głowie. Bo człowiek myślący zaczyna się zastanawiać, jak dopuścił do tego, że rzeczy mają nad nim władzę.
Obecnie jestem w połowie drogi i odczuwam z tego powodu wielką satysfakcję. Trochę powyrzucałam niepotrzebnych rzeczy, trochę posprzątałam, zmieniłam nawyki konsumenckie - ale nie to jest najważniejsze - to, z czego się najbardziej cieszę, to to, że żyję świadomie, refleksyjnie. Poukładałam sobie priorytety i postanowiłam skupić się na nich - a resztą nie zaprzątać sobie w nadmiarze głowy.
Moje cele to:
1) być oparciem dla rodziny
2) wspierać dzieci w stawaniu się odpowiedzialnymi ludźmi
3) prowadzić dom, do którego chce się wracać
4) być aktywną, energiczną, nie odpuszczać sobie
5) dbać o zdrowie najbliższych
6) patrzeć na życie z optymizmem, zachować radość życia.
To trudne wyzwania i choć myślę o nich codziennie to i codziennie ponoszę wiele porażek gdy próbuję je realizować. Ale to nic. Nie od razu Kraków zbudowano, jak to mówią :) Jestem teraz na tyle rozsądna, aby nie wymagać od siebie zbyt wiele. I cieszyć się z drobnych sukcesów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz